Survival w/g Beara Gryllsa
(17.12.2011)
Zauroczony “Szkołą Przetrwania” postanowiłem spróbować swoich sił i zmierzyć się z survivalem…Razem z kompanem Michałem wybraliśmy się na Jurę a konkretnie w Sokole Góry, gdzie śmiało można wypróbować swoich sił i zmierzyć się z naturą.
Jest grudzień, pogoda ok, na termometrach jakieś 5 stopni powyżej zera. Gdzie śpimy….no oczywiście w jaskini, tylko w której…? W poszukiwaniu tej największej w sokolich czyli Olsztyńskiej trafiamy do innej Komarowej…i tam postanawiamy rozłożyć obozowisko.
Zaczyna się ściemniać i najwyższa pora rozpalić ognisko, tylko jak…no i tu Michał zaczyna działać. Nie posiadamy krzesiwa Beara a (męska rzecz roku 2011 w/g TVN Turbo) jedynie co mamy to naturę i ….świeczkę znalezioną w jaskini (nic się nie dzieje bez przyczyny). Drzewo jest wilgotne i mamy problem, ale po godzinie zmagań jest nadzieja, że kurczak, którego przytargaliśmy ze sobą jednak będzie naszą kolacją
Ogień się pali, my siedzimy i rozmawiamy….Czas od 17-tej do 2 w nocy myka szybko. I tu podczas dumania nad ewolucją i tym co działo się w tej jaskini parę tysięcy lat temu, nasuwa się myśl … hmm….jaki ten nasz przodek, zamieszkujący to miejsce musiał być inteligentny…rozpalić i utrzymać ogień to nie lada wyczyn…a tu jeszcze upolować zwierzynę trzeba na obiad
Choć powiadają, że człowiek dawno temu podejmował tyle decyzji w ciągu swojego całego życia, ile my podejmujemy w ciągu jednego dnia, to i tak stwierdzam, że była to bardzo mądra istota…P.S. survival to ciekawa odskocznia od codzienności, a wydatek prawie żaden, no może jakieś 19.90 PLN.
Jaskinia Studnisko
(16.10.2011)
Jest niedzielny, słoneczny poranek, godzina 10.30. W towarzystwie członków Speleoklubu Częstochowskiego wybieram się na wyprawę do Jaskini Studnisko, znajdującej się w Sokolich Górach. Jest ona obecnie najgłębszą jaskinią (77,5 m) spośród 2000 innych zlokalizowanych na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Chwila marszu i z całą ekipą SCC docieramy do celu naszej wyprawy. W dole widać tylko niewielki otwór, którym mamy dostać się do wnętrza jaskini…
Od głównej sali i jej przedsionka rozchodzą się dwa korytarze, a najdłuższy z nich prowadzi do samego dna jaskini. Chodzenie po jaskiniach to duże wyzwanie wiążące się z dość wyczerpującym wysiłkiem fizycznym.
Przy zejściu pomaga nam prawo grawitacji, natomiast przy wspinaczce i przeciskaniu między szczelinami, niewątpliwie siła naszych mięśni.
Taka przygoda pozwala nam też na własnej skórze przekonać się, czy aby na pewno nie cierpimy na klaustrofobię…
Korczula – wyspa Marca Polo
(12.09.2011)
Centrum Korczuli stanowi miejscowość o tej samej nazwie, będąca historycznym i turystycznego ośrodkiem Archipelagu wysp Południowej Dalmacji. Znana jako miejsce narodzin Marka Polo, niektórzy nazywają ją “Małym Dubrownikiem”, ze względu na jej malownicze ryneczki i śródziemnomorską atmosferę. Marko Polo wypłynął z niej na daleki wschód, ale wrócił do swojej Korculi, jej małych zatok morskich i cyplów archipelagu (48 małych wysp).
Korczulę przepełniają historyczne mury, budowle, wąskie, kręte uliczki. To właśnie w tym mieście znajduje się wspaniała Katedra św. Marka będąca najcenniejszym zabytkiem całej wyspy oraz XII wieczny kościołem św. Marka.
Korczula ma bardzo bogatą przeszłość: od 3000. roku p.n.e. Ilirzy, Grecy i Rzymianinie budowali tutaj pałace i zamki, a kamieniarze wyciosywali w kamieniu romantyczne pary. Korczula obfituje w opowiadania o odważnych i mężnych piratach. Ich skrzynie pełne były skarbów i różnych wartościowych przedmiotów. Na Korczuli ludzie żyli w harmonii z morzem i z jego płodów.
Düsseldorf
(03.07.2011)
Weekendowy wypda za miasto zaowocował nowymi pomysłami… Zwyczajny budynek może ożywić armia plastikowych ludzików wspinających się na jego dach…
A stare portowe otoczenie, można zmienić na nowoczesne centrum biznesu. Ha, można?….można!
Dzień świstaka
(30.06.2011)
Po krótkiej przerwie w podróżowaniu udało się ponownie zebrać ekipę i wybrać w nasze polskie Tatry. Oczywiście po ostatniej wizycie pozostał pewien niesmak spowodowany utratą mojej kamerki, która przypomnę spadła w przepaść i pozostała gdzieś tam wysoko…Tym razem podczas tej wyprawy dzielnie towarzyszyły nam dziewczyny, które krok po kroku zmierzały co raz to wyżej i wyżej do góry. Cel na początku to Dolina Pięciu Stawów i tamtejsze schronisko.
Pogoda nie pomagała nam w osiągnięciu tego celu, padał deszcz, było chłodno i mglisto. Ale się udało! Podstawowo zawsze będąc w górskich schroniskach zjadam porcję zakupionej tam “Fasolki po Bretońsku”. Tym razem….nie udało się, bo… podobnie jak na ziemi również w górach do godz. 12.00 wydawane są tylko śniadania….normalnie jak w Mc Donaldzie , więc trzeba było zadowolić się kanapkami z pasztetem i Moni ciastem z kruszonką aaa i czarną kawą oczywiście! Po około 1h na zewnątrz pogoda się poprawiła i podjęliśmy decyzję o dalszej trasie.
Po przekroczeniu znaku z informacją o zejściu na Kozi Wierch, zmierzamy do przodu w kierunku Szpiglasowego Wierchu. I tu niespodzianka, udało się nam dostrzec rodzinę ok. 5 świstaków, które wylegiwały się na kamieniach w przygrzewającym miejscami słońcu.
Po krótkiej sesji zdjęciowej idziemy dalej i po około 1,5h docieramy do stromego podejścia z łańcuchami. I tu kolejna niespodzianka dla wszystkich, bo tak stromego podejścia nikt się nie spodziewał. W czasie wspinaczki okazuje się, że jeden z uczestników naszej ekipy ma lęk wysokości, który w znaczny sposób uaktywnił się właśnie przy tym podejściu….Ale dzielnie walczył do samego końca. Stary SZACUN!
No dobrze po ok. 30 min.wszyscy dzielnie wdrapali się na wierzchołek i po części zaliczyć Szpiglasowy Wierch (nie wszyscy udali się na jego wierzchołek) .
Szczyt o wysokości2172 mn.p.m. położony w głównej grani Tatr pomiędzy szczytami: Kopą nad Wrotami (oddzielają je Wrota Chałubińskiego) a Wyżnim Kosturem (oddziela je Wyżnia Liptowska Ławka). Szczyt stanowi kulminację odcinka nazywanego Liptowskimi Murami (jest to najwyższy szczyt na odcinku od Wrót Chałubińskiego do Czarnej Ławki). Szpiglasowy Wierch znajduje się na granicy polsko-słowackiej.
I tyle tej wycieczki….kolejna już w planach
Na Rusinową
(08.12.2010)
Udało się !!! i w amoku prac związanych z przeprowadzką znalazł się czas na krótki wyjazd w góry. Ekipa w dość licznej grupie jak zwykle za miejsce docelowe wyjazdu wybrała sobie Małe i Ciche. Jest tam taki magiczny spokój i ciszzaaaa…. W między czasie, w drodze do Małego Cichego udało się co niektórym
otworzyć sezon narciarski w Białce Tatrzańskiej. Stok spoko, choć w sezonie liczne oblegany.
Ale wracając do górskiej wyprawy, tym razem za cel postawiliśmy sobie coś bardziej hardcorowego. Do tej pory nie mieliśmy okazji śmigać po górach zimą. Więc należało to zmienić. I tu pojawiają się dwie przeszkody czyli brak odpowiedniego obuwia (mimo wypożyczonych przez Darka raków) i zagrożenie lawinowe…. Ja nie ryzykuję i z pierwszej górskiej wyprawy z wielkim bólem serca rezygnuję.
Natomiast w słoneczną niedzielę udało się zorganizować lekką wyprawę w góry i tym samym przetestować dzień wcześniej zakupione nowe obuwie. Trasę naszej niedzielnej wyprawy (Darek D., Jacek S. i ja) zaczynamy na ostrym zakręcie drogi Oswalda Balzera, przy drogowskazie, u początku niebieskiego szlaku (tu parkujemy samochód). Tuż po wejściu mijamy nieczynną kasę TPN i zaczynamy podejście szeroką leśną drogą. Po ok. 30 min. dochodzimy do rozwidlenia dróg, gdzie szlak skręca w lewo i przez mostek na Złotym Potoku wchodzi w Dolinę Złotą. Po ok. 20 min podejścia mijamy miejsce do odpoczynku z ławami, a za nim dwa ostre zakosy, którymi wygodny , przykryty śniegiem chodnik wznosi się na polankę, na której stoi Kaplica na Wiktorówkach.
Kaplica Matki Boskiej Jaworzyńskiej Królowej Tatr na Wiktorówkach to nieduży, otoczony gankiem drewniany budynek utrzymany w stylu zakopiańskim. Obecna budowla wzniesiona została w latach 30. XX w. na miejscu starszej kapliczki. Mieści się tu duszpasterstwo turystyczne oo. dominikanów i punkt ratunkowy TOPR. W obrębie ogrodzenia, od strony prezbiterium kaplicy, znajduje się również mały symboliczny cmentarz z tablicami ku czci osób związanych z Tatrami i źródełko. W niewielkiej jadalni znajdującej pod kaplicą, wewnątrz wysokiej podmurówki, zawsze można napić się pysznej, malinowej, herbaty i zjeść własny prowiant. Na ścianach zewnętrznych kaplicy są umieszczone szczegółowe informacje o historii tego miejsca, donatorach i o ważnych gościach. Jednym z nich był papież Jan Paweł II, który jeszcze jako ksiądz i kardynał wielokrotnie wstępował do kaplicy. Do legendy przeszła opowieść, jak to gospodarująca na Polanie Rusinowej góralka wysłała go z wiadrem po wodę do potoku.
Po około 30 min. odpoczynku wybieramy się w dalszą drogę. Zaraz za kaplicą droga wznosi się dość stromo w górę, po ułożonych z drewnianych bali stopniach. Następnie przechodzimy przez potok, w którym zwykle pojone są w okresie letnim owce i wychodzimy z lasu na Rusinowa Polanę. Na polanie prowadzony jest latem kulturowy wypas owiec, więc znajduje się tu w szałas gdzie można zakupić tradycyjne sery i żentycę (owczą serwatkę). Po chwili docieramy do celu naszej krótkiej ale intensywnej zimowej wyprawy. Aby obejrzeć rozległą panoramę, należy podejść nieco wyżej w kierunku Gęsiej Szyi. Jest tu kilka stołów i ławek dla odpoczywających.
Widok na Tatry ….rewelacyjny!
Dolina Pięciu Stawów
(19.11.2010)

Dolina Pięciu Stawów to jedno z bardziej malowniczych miejsc w Tatrach. Schowana wysoko w górach jest zdecydowanie mniej oblegana przez turystów niż pozostałe duże tatrzańskie doliny.
Wędrówkę do Doliny Pięciu Stawów w składzie: Marcin, Darek, Darek, Jacek i Bartek zaczęliśmy od wejścia na Łysą Polanę. Następnie z Polany przemieściliśmy się szlakiem do Wodogrzmotów Mickiewicza. Tutaj odbiliśmy w prawo od szlaku na Morskie Oko i podążyliśmy znakowanym na zielono szlakiem do Doliny Pięciu Stawów. Szlak prowadzi przez kilka minut po kamiennych stopniach stromo pod górę po czym lekko obniża się i przecina potok Roztoka, którego szum towarzyszy nam przez prawie całą dalszą drogę. Przez dłuższy czas szlak biegnie bez większych zmian wysokości, a pokonywane podejścia nie przysparzają większych trudności. W tym czasie pogoda nie należała do dobrych: padał deszcz i było chłodno a w wyższych partiach Tatr leżał śnieg. Zaskakujący powoli okazywał sie stopień przygotowania niektórych turystów szturmujących ten szlak – pełna żenada (adidaski, itp.) Po niespełna godzinnej wędrówce Doliną Roztoki doszliśmy do polanki z niewielkim szałasem, doskonale nadającej się do odpoczynku. Zaraz za polaną przekroczyliśmy dwa mostki, a droga wznosząc się coraz stromiej wyprowadziła nas z lasu. W prześwitach po lewej stronie można podziwiać widok na imponujące urwiska opadające ze Świstówki, zaś po prawej duży blok skalny zwany Dziadulą, wznoszący się tuż nad samym potokiem. Podążając dalej m.in. pod linami wyciągu dowożącego zaopatrzenie do schroniska, w kilka minut doszliśmy do rozstaju szlaków. W lewo odgałęziają się znaki czarne, które stromymi zakosami doprowadzają w około pół godziny do schroniska. Znaki zielone prowadzą prosto przechodząc po pewnym czasie w wijące się pośród kosodrzewiny zakosy.
I tutaj dzieje się rzecz niebywała, jeden z naszych kompanów Darek S. postanawia podążać szlakiem czarnym
nie konsultując tego z nami (usprawiedliwienie Darka: szedł za nami, myślał, że właśnie tędy my poszliśmy). My natomiast idąc zielonym szlakiem po przekroczeniu skalnych wrót usytuowanych około 20 minut od rozstaju szlaków doszliśmy do wodospadu Siklawa.
Jest to najpotężniejszy wodospad tatrzański opadający z blisko siedemdziesięciometrowego skalnego progu rozdzielającego Dolinę Pięciu Stawów oraz Dolinę Roztoki. Ze szlaku można zejść nad potok i podejść pod wodospad. Na dalszym odcinku szlak prowadzi kilkoma płytami skalnymi po czym przechodzi w zakosy i ponad wodospadem wyprowadził nas do Doliny Pięciu Stawów, gdzie ukazał się naszym oczom Wielki Staw. My chcąc udać się do schroniska musieliśmy skręcić w lewo i iść dalej wzdłuż brzegu Przedniego Stawu. Dojście z Palenicy Białczańskiej zajmuje około 2.30 godziny.
W schronisku czekała na nas niespodzianka, czyli gorąca fasolka po bretońsku i brak Darka. Ale o tym osoby bardziej zainteresowane tą historią, dowiedzą się w najbliższym czasie z filmiku
Przygoda na Orlej Perci
(26.10.2010)
Nasza wspólna wyprawa (Marcin, Darek, Jacek, Darek, Bartek) na Orlą rozpoczęła się bardzo wcześnie, bo już około 3.00 nad ranem. Po około 4 godzinach nocnej jazdy dotarliśmy z Częstochowy do Zakopanego. Po odpowiednim przygotowaniu, m.in. narzuceniu odzienia wejściowego
ruszyliśmy szlakiem na Kasprowy a następnie na Świnicę. Pogoda nie zachęcała do dalszej drogi. Mgła, zimno i wysoka wilgotność po części się temu przyczyniała. No, ale klasycznie cel postawiony trzeba osiągnąć! W trasie na Orlą mieliśmy okazje „po raz pierwszy” podziwiać poranny wschód słońca w Tatrach, no i kozice, które w sposób szczególny zainteresowały Jacka i mnie
Po około kilku godzinach drogi docieramy do miejsca startu szlaku na Orlą Perć. Rozpoczyna się on na Przełęczy Zawrat 2159 m.n.p.m., na której często w lecie zalegają śnieżne płaty, będące przyczyną upadku w przepaść kilkunastu osób na przestrzeni ostatnich 100 lat. Jest tu nawet drewniany krzyż upamiętniający twórcę tego szlaku – Walentego Gadowskiego. Z Zawratu również widać świetnie Zadni Staw Polski.
Początek szlaku przypomina wszystkie inne. Idziemy chodnikiem z poukładanych kamieni. Po chwili wędrujemy ścieżką przy pomocy kilku łatwych łańcuchów na Mały Kozi Wierch 2228 m.n.p.m., z którego widzimy cały Kozi Wierch 2291 m.n.p.m. I tutaj wydarzyła się po części moja tragedia a dokładniej góry upomniały się o swoją ofiarę. Przy wspinaniu na kamienny szczyt, moja ukochana kamera odpięła się od paska i spadła w przepaść:( Moja reakcja była natychmiastowa – schodzę. Jednak w jednej chwili chłopaki wybili mi ten pomysł z głowy i w ten oto sposób moja kamera marki Panasonic na wieki pozostanie w czeluści szczytów Orlej Perci. Ta sytuacja uświadomiła mi jedno, na tym szczycie nie ma przelewek, trzeba uważać! Trzeba było zebrać siły i zejść z Małego Koziego Wierchu, a dodam że to zejście jest bardzo trudne, ponieważ do pokonania jest strome zejście, które jest bardzo wymagające technicznie. Biegnie ono po północnej stronie Małego Koziego Wierchu po skałach, na których często nie ma gdzie postawić stopy. Całe zejście tworzą płyty skalne i rozpadlina po prawej stronie szlaku.
Po przejściu tego odcinka poszliśmy dalej po gładkich płytach skalnych, które w czasie deszczu są niezwykle niebezpieczne, bo grożą pośliźnięciem i upadkiem w przepaść. Dalej podążamy na grań, skąd mamy wspaniałe widoki. Po chwili przechodzimy przez dwie małe przełączki, aż do Zmarzłej Przełęczy 2123 m.n.p.m., która nie jest w ogóle wymagająca, a jednak należy mieć ją na uwadze, ponieważ tu dnia 06.08.2007 zginął 19-sto letni chłopak z Łodzi, który pośliznął się i spadł kilkadziesiąt metrów w dół. Teraz trawersujemy północnym zboczem Zamarłą Turnię.
Trawers nie jest trudny, ale po jego przejściu czeka nas zejście 36-letnią (stan na rok 2008), metalową drabinką, która jest już mocno przerdzewiała i grozi upadkiem w 100m przepaść. Uchwyty tej drabinki są również zardzewiałe, a ich przednie części obejm odpadły, przez co drabina trzyma się tylko na dwóch zardzewiałych śrubach i u góry na dwóch przyspawanych rurach przymocowanych do skały. Wejście na drabinkę ułatwia łańcuch, a samo zejście odbywa się nie w pionie jak to by się mogło wydawać, ale schodzimy ukośnie, z przechyłem na lewą stronę. W czasie mgły drabinka kończy się przepaścią, dzięki czemu wielu wspinaczy rezygnuje z dalszej drogi i wraca do Zawratu.
My do Zawratu nie wróciliśmy, ale z dalszej drogi zrezygnowaliśmy. Powrót na Orlą wkrótce
Średniowieczne zamki, ostańce o fantastycznych kształtach, powietrze pachnące żywicą – to kwintesencja jurajskich krajobrazów, obietnica udanego, letniego wypoczynku.
Wyskocz za miasto, odwiedź jurajskie okolice, które pod względem turystycznym należą do jednych z najciekawszych w kraju.
Zamek Bobolice – zamek królewski zbudowany w połowie XIV w. na terenie Jury Krakowsko-Częstochowskiej, we wsi Bobolice.
Zamek Bobolice został zbudowany przez Kazimierza Wielkiego w połowie XIV w., prawdopodobnie na miejscu wcześniejszej drewnianej budowli.
Należał do systemu obronnego warowni królewskich zabezpieczających zachodnią granicę państwa od strony Śląska.
XV-wieczne kroniki mówią o przedstawicielu rodu Krezów, który porwał i więził w bobolickim zamku swoją bratanicę. Podobno do dziś straszy ona na murach warowni jako biała dama.
Nurkuj bezpiecznie
Jest parę wymogów zdrowotnych, które trzeba spełnić, aby nurkowanie było w pełni bezpieczne. Sprawy sercowe, chore zatoki, problemy laryngologiczne mogą nam uniemożliwić nurkowanie, ale w takich przypadkach ostatnie słowo zawsze ma lekarz. Ważne jest, aby przed rozpoczęciem kursu nurkowego dokładnie wypełnić ankietę medyczną, która określi nasze predyspozycje zdrowotne!
Po pierwsze kurs
Aby nurkować nie trzeba zrobić dużo. Przede wszystkim musimy mieć chęci no i oczywiście wziąć udział w odpowiednim kursie. Taki kurs trwa około 3 tygodni i składa się z dwóch części – pierwszej basenowej oraz drugiej – odbywającej się na wodach otwartych. Na zakończenie kursu otrzymujemy licencję, która jest honorowana na całym świecie. Daje ona możliwość korzystania z baz nurkowych na całym globie i możliwości wypożyczania sprzętu nurkowego. Kurs nurkowania można rozpocząć już w wieku 10 lat.
Podwodne raje
Dość duża część Polaków, aby nurkować jeździ do Egiptu. Tam jest jedna z piękniejszych na świecie raf koralowych. Wybierając się w te rejony, pamiętajmy jednak, że pod względem bezpieczeństwa niektóre tamtejsze agencje oferujące swoje usługi często nie spełniają norm europejskich i nie zapewniają odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa. Dlatego też przestrzegamy i polecamy wszystkim polskich przedstawicieli. Warte polecenia jest również Morze Adriatyckie i znajdująca się w jego rejonie Chorwacja. Jednak niewątpliwie najpiękniejsze miejsce do nurkowania to Wyspy Galápagos znajdujących się na Oceanie Spokojnym.
Cudze chwalicie…
Sprzęt do nurkowania jest dość drogi – na jego cenę wpływ mają różnego rodzaju atesty i wysokiej klasy materiały, które dają nam większy komfort nurkowania i zapewniają bezpieczeństwo. Nowy sprzęt to koszt ok. 5000 tysięcy złotych w górę. Aby zmniejszyć ten wydatek sprzęt można wypożyczyć. Pomocą służą tu szkoły nurkowania działające również w naszym mieście. Tutejsze szkoły i kluby nurkowania, z których oferty warto skorzystać, często organizują różnego rodzaju wyjazdy grupowe, najczęściej do Egiptu i Chorwacji. Dużym zainteresowaniem ciszą się również wyjazdy do naszych polskich akwenów, także tych znajdujących się w sąsiedztwie Częstochowy np. w Jaworznie-Szczakowa, Pogorii III czy Zakrzówku koło Krakowa. W tych miejscach możemy również poznać tajemniczy świat ukryty pod powierzchnią wody. Spotkanie oko w oko ze szczupakiem, możliwość podziwiania stada okoni, czy zatopionych koparek to zapewne atrakcje, których w Egipcie czy Chorwacji nie zobaczymy. Zatem do dzieła





Kilka dni wolnego od razu motywuje do działania no i oczywiście przygody. Słońce, piasek i szmaragdowa woda tak najlepiej można opisać obraz, który sobie wymarzyłem no i który zobaczyłem z wysokości ponad 1000 m.
Safaga to niewielka miejscowość położona ok. 40 km od Hurghady, czyli już na wstępie odcinam się od gwaru życia i nocnych rozrywek. Tym razem stawiam na turystykę
Pierwszy dzień i już tak dużo się dzieje…
Pierwsze plażowanie i na wstępie okazuje się, że siła słońca o wiele przekracza moc tego z Włoch czy Grecji, w kilka chwil skóra staje się czerwona a wieczorem…hm….poparzona. Kolejna atrakcja to flora bakteryjna, jedni nazywają to zemstą Faraona a ja brakiem bieżącej wody. Ta w kranie transportowana jest systemem rur z Nilu i tylko na pozór wydaje się czysta.
To mi już uświadamia, że Safaga będzie pewnego rodzaju wyzwaniem, a ja lubię wyzwania.
Największy skarb tego miejsca to oczywiście morze i rafa koralowa. Ten inny, kolorowy świat i jego mieszkańcy to zapewne przeżycie, które na zawsze pozostanie w pamięci, a koszt to ok. 50$ od rezydenta hotelu albo trochę miej z biura zewnętrznego.



Kolejna atrakcja tym razem na lądzie to całodniowe safari po pustyni pod okiem przewodnika – koszt ok. 30$. I tu zaczyna się jazda na maxaa. Piękne pustynne widoki, moc silników, słońce w tle, a ustach pełno strzelającego między zębami piasku.
Warto?…..oj tak!



Finał eskapady pustynnej to mocna herbata, placek i fajka przyjaźni z tubylcami.

Podsumowując:
Do Safagi warto wybrać się, aby odpocząć od tłumu. Oczywiście znajdziecie tu trochę rozrywki, ale nie w takim stopniu jak w Hurghadzie. Nie ma co ukrywać, że tutejszy klimat oraz środowisko nie traktuje nas ulgowo i warto przed przyjazdem do Egiptu odpowiednio się przygotować.
No to JALA JALA do Safagi:)
Miejsce jest znane jako Diabelski Basen ‘Devil’s Swimming Pool’











































Najnowsze komentarze